Później według moich zresztą życzeń poszliśmy na plażę. A pogoda była wręcz cudowna. Ta pani mówiła, że tutaj będzie padało. To jest po prostu niemożliwe. Rozłożyłam się plackiem na plaży i postanowiłam się stamtąd nie ruszać dokąd będzie słoneczko. Potrzebowałam się wygrzać, żeby przywieść sobie trochę ciepełka do domu. Przecież jak ja pomyślę o tym, że wysiądę z samolotu, jeśli oczywiście szczęśliwie dolecimy do domu i będzie śnieg, to mi słabo jest. Wiaterek cudownie sobie zawiewał.
No miodzie. Nic tylko leżeć. Mój Marcin miał z tym troszkę większe problemu. Bo jego aż trafiało, jak musiał poleżeć na plaży jakieś dziesięć minut. Piach mu włazi na koc, albo mu gorąco. No szok po prostu. Kochanie, w końcu Marcin nie wytrzymał. Ja idę po coś do picia. Chcesz coś? Bo jak tutaj jeszcze chwilę posiedzę to się rozpuszczę. Zaśmiałam się i stwierdziłam, że w sumie może mi coś przynieść. Zawsze to warto się nawodnić. Do hotelu mieliśmy jakieś trzy minutki drogi. Więc stwierdził, że idzie do hotelowego barku. | |
|